Podczas poniedziałkowej debaty z udziałem liderów partii politycznych przed wyborami do Izby Reprezentantów 8 lutego, premier Sanae Takaichi powiedziała, że jej listopadowe oświadczenie w parlamencie, iż Tokio może interweniować militarnie w kryzysie na Tajwanie pod pewnymi warunkami, „nie oznaczało, że Japonia podejmie działania wojskowe w przypadku konfliktu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.”
„Kiedy wydarzy się tam coś poważnego, musimy udać się na ratunek Japończykom i Amerykanom przebywającym na Tajwanie. Oznacza to, że możemy podjąć wspólne działania” – powiedziała, podkreślając, że odległość między Tajwanem a terytorium Japonii – około 110 kilometrów – „jest mniej więcej taka sama” jak odległość między Tokio a miastem Atami w prefekturze Shizuoka.
„Jeśli teraz amerykańskie siły zbrojne, działające wspólnie z nami, zostaną zaatakowane, a Japonia nie podejmie żadnych działań i wycofa się, sojusz japońsko-amerykański ulegnie rozpadowi” – powiedziała. „W związku z tym, w granicach prawa, w ramach obecnych ram prawnych, musimy kompleksowo ocenić rozwijającą się sytuację i odpowiednio na nią zareagować.”
Ciekawe posuniecie. Z jednej strony wyklarowała swoją pozycję i pewnie uspokoiła część wyborców, którzy się bali, że weszłaby w konflikt w okół Tajwanu automatycznie, ale równocześnie pokazała, że nie ugnie się pod naciskami Pekinu. Chociaż nie kupuję jej konserwatywnej agendy, to trudno nie zauważyć, że Takaichi jest homo politicus pierwszej klasy.
